piątek, 25 września 2015

Dlaczego rap jest lepszy od rocka

Są dwie możliwości: albo jesteś fanem tego drugiego i właśnie wpadłeś tu rozjuszony tytułem tego posta („Jak to, do cholery, rap lepszy?!”), albo fanem tego pierwszego i jesteś tu po to, by utwierdzić się w swojej zajebistości. Przykro mi, ale oboje trafiliście źle.


Kilka dni temu poszłam do lokalnego radia udzielić wywiadu jako członek stowarzyszenia oraz jeden z głównych koordynatorów najbliższego organizowanego przez nas muzyczno-fotograficznegoeventu. Stowarzyszenie zajmuje się promowaniem kultury hip-hop oraz organizowaniem różnego rodzaju warsztatów i imprez. Po nagraniu tego co należało nagrać i wyłączeniu dyktafonu, rozmowa z panią redaktor zeszła na inne, dużo luźniejsze tory.

Typowa gadka, temat powracający jak bumerang, leżący gdzieś w grupie razem z takimi banałami jak „polskie szkolnictwo schodzi na psy”, „młodzież jest coraz gorsza” i ogólnie „wszystkiemu winien jest Tusk”. Prędzej czy później odbędziesz z kimś rozmowę na temat tego, czy „rap to muzyka dla półmózgów”, szczególnie jeśli jesteś trochę bardziej otwarty na ten gatunek i ogarniasz o co w tej kulturze chodzi.  Ile razy usłyszałeś lub wygłosiłeś podobny osąd?

Nie ma nic durniejszego niż porównywanie dwóch gatunków muzycznych i spieranie się, który jest lepszy (no dobra, jeszcze bardziej idiotyczne jest naparzanie się kibiców Rakowa z Włókniarzem, dwóch klubów dwóch różnych dyscyplin sportowych). Po pierwsze, zdefiniuj „LEPSZY”, bo żeby coś mogło być lepsze to musi mieć sprecyzowane kryteria oceny. No chyba, że chcesz zwyczajnie sobie popsioczyć na dresów spod trzepaka.  Zakładam jednak, że zależy nam na merytorycznej dyskusji, więc zacznijmy od podstaw rzeczowej rozmowy i otwórz na chwilę mózg na zupełnie nowe podejście.

Wiesz dlaczego nie da się stwierdzić, że rap jest gównianą muzyką?
Bo ma inną funkcję niż twój rock czy metal.

Tak samo jak gacie nie są lepsze od kiecki, i na odwrót. Nosisz je w innych okolicznościach, mają inne zastosowanie, w jakimś sensie jedno od drugiego jest lepsze, ale generalnie NIE JEST lepsze.
Mieszkanie w domku też nie jest lepsze od mieszkania w bloku.
Mój borze, nawet PIES OD KOTA nigdy nie będzie lepszy!
Ale do rzeczy…

W czym rap jest lepszy?

Można powiedzieć, że przez jakiś czas w tej kulturze siedziałam głębiej niż obecnie. Z moich obserwacji mogę wyciągnąć mniej lub bardziej obiektywne wnioski jeśli chodzi o „lepszość” rapu nad całą resztą.

1.       Rap jest dużo bardziej prawdziwy
Przede wszystkim dużo bardziej dosadny i teksty mówią wprost co jest dobre a co złe, co autora wkurza. Nie ma owijania w bawełnę – dosadność i przekleństwa to tylko wyraz ogromnego sprzeciwu wobec systemu.

2.       Rap jest dużo bardziej „przenośny”
Koncert możesz zagrać dosłownie wszędzie, jeśli tylko bazujesz na gotowych podkładach z płyty. Możesz rymować razem z beatboxerem, więc na dobrą sprawę nie potrzebny ci nawet prąd. Swoją muzykę możesz „zabrać” wszędzie i zaserwować ją z większą swobodą gronu odbiorców. No chyba, że serwujesz ją z telefonu w autobusie – tak nie rób.

3.       Rap łatwiej trafia do młodzieży
Możesz mówić, że trafia łatwiej, bo młodzież jest głupia, nieobyta, ma papkę zamiast mózgu i tylko by ćpała po kątach. Niewątpliwie część z nich taka jest, ale dużo prawdy jest też w tym, że spory odsetek artystów hip-hopowych w swoich tekstach przemyca sporo treści wychowawczych. Cała kultura sama w sobie opiera się na określonych wartościach moralnych i zasadach, o których pewnie nie wiesz, bo znasz tylko Popka. Słyszałeś kiedyś o Rap Pegagogii? To kliknij.



Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ja nawet tego rapu nie słucham.  Zresztą, nie umiem powiedzieć, czego słucham, ale wiem na pewno, że nie słucham gatunków tylko muzyki. Wśród znajomych jednak mam wielu zwolenników tej kultury – całe nasze Stowarzyszenie składa się z takich osób plus ja, rodzynek, który nie słucha, ale docenia i rozumie. Podejrzewam, że tych punktów mogłoby być dużo więcej, ale mimo wszystko nie jestem specem w tej kwestii, więc pozostawiam otwarte pole osobom, które siedzą w temacie głębiej. Mogłabym teraz przytoczyć kontrargumenty i napisać, że tak, uważam, że ta muzyka jest bardziej prymitywna i nie wymaga specjalnego talentu by ją tworzyć, w porównaniu na przykład z zespołami grającymi rock symfoniczny. Albo, że jest dla debili, bo teksty są wyłożone jak krowie na rowie a nie owinięte w poetyckie frazy o przemijaniu i bólu istnienia. Tak, widzę tę różnicę, ale co z tego, że walory artystyczne są tutaj zepchnięte na dalszy plan?


Bo to zupełnie inna funkcja. Rap ma przede wszystkim mówić. 

sobota, 29 sierpnia 2015

Dlaczego zrobiłam tatuaż?

Dziś mija 2 lata odkąd poszłam zrobić sobie dziarę. 2 lata tłumaczenia ludziom, a przede wszystkim dzieciom, co to, po co to, jak to, czemu, czy boli i czy się zmywa. 2 piękne lata obserwacji reakcji rodziny i znajomych. 2 lata odkąd przewidziałam przyszłość i wpadłam na genialny pomysł by wyryć sobie na skórze logo mojego przyszłego bloga (genialne!). Co mi w ogóle odbiło?

Here it is.

Dobra, dziara to za dużo powiedziane. Wakacje 2013. Od długiego czasu chodził za mną pomysł zrobienia czegoś, o co nigdy bym sama siebie nie podejrzewała, jednak żeby zbytnio nie szaleć i tłamsić w sobie wewnętrznej tchórzliwej myszy (natury nie oszukasz), postawiłam na coś małego. Bok nadgarstka. Wzór rozkminiałam 2 miesiące. Pierwotnie miała to być nutka wielkości około 1,5cm, ale stwierdziłam, że po takie gównienko nie opłaca mi się nawet z domu wychodzić i kazać tatuażyście uruchamiać sprzęt. Poza tym nutka… Są już wszędzie, a ja chciałam coś bardziej mojego.

sobota, 22 sierpnia 2015

Nowa generacja seriali, czyli koniec obciachu

Jeszcze całkiem niedawno, zaledwie kilka lat temu kiedy ktoś mówił, że ogląda seriale, to w głowie miałam jedyny słuszny i klarowny obraz tej osoby – ograniczona umysłowo kura domowa (lub domowy kur) z wałkami na głowie (tudzież wałkiem w ręku), granatowej podomce w białe wzorki przeskakująca z kanału na kanał, od „Mody na sukces” do „M jak miłość”, robiąca przerwy na zamieszanie makaronu, żeby nie przywarł. Nic dziwnego – do tej pory seriale jawiły nam się jako obciachowe nic nie wnoszące, a wręcz odmóżdżające produkcje, które nie porywały ani fabułą, ani grą aktorską, ani scenerią, nie wspominając już o drugim dnie i głębszym przesłaniu. Słusznie? 



Sama przez wiele lat przez „serial” rozumiałam tylko telenowele puszczane po wieczornych wiadomościach lub w okolicach godziny 17, czyli o idealnej porze dla wszystkich wspomnianych wcześniej kur, kiedy wyszorowały już ostatnią patelnię. Na całe szczęście los zesłał mi możliwość odkrycia i nauczenia się nowej kultury oglądania seriali. Bo, Panie i Panowie, seriale, zarówno te polskie jak i zagraniczne, wkroczyły już na zupełnie inny poziom i z całkowitą pewnością można mówić o nowej generacji serialowych produkcji.
Całkowicie porzucając wieczorne telenowele, których fabuły opierają się głównie na zdradach, dramatach zamkniętych łazienek i spektakularnych wjazdach w śmiercionośne kartony, całkowicie pochłonęły mnie produkcje nowe, zarówno kilkusezonowce jak i miniseriale. Spokojnie mogę powiedzieć, że przez ostatnie 2 lata obejrzałam już całkiem sporo. Moim punktem zaczepienia, od którego zaczęłam poszukiwać nowych ciekawych produkcji, było to, aby niosły ze sobą pewną wartość, która mnie osobiście pasuje – stąd pierwszym serialem obejrzanym w całości była „Dynastia Tudorów” (co totalnie zgrało się z moją ówczesną fascynacją Henrykiem VIII).

sobota, 15 sierpnia 2015

Wszystko, tylko nie przyjaciółka!

Są rzeczy, które kojarzą się źle. Są dźwięki, których nie da się znieść, jak dźwięk widelca jeżdżącego po talerzu. Są też takie zapachy, jak te, które wydziela zawartość autobusu z początkiem wiosny, kiedy ludzie dopiero przyzwyczajają się, że trzeba myć się częściej ze względu na zmieniającą się temperaturę. Są też słowa, które brzmią po prostu źle. Dla mnie jednym z takich słów jest PRZYJAŹŃ.

Kiedy tak siedzę i sięgam pamięcią do szkolnych czasów, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że miałam kilka przyjaciółek. Miałam przyjaciółki w podstawówce, gimnazjum i liceum, miałam też takie spoza szkoły. Przyjaciółki te były wymienne, nasze relacje przypominały sinusoidę, raz na wozie, raz pod wozem, jak to mówią. Kiedy było dobrze, to było świetnie, a kiedy było źle, to było tragicznie – rzadko było między nami po prostu „w porządku”. Dziewczyny w wieku szkolnym potrafią być dla siebie naprawdę okrutne, akurat na ten temat mogłabym powiedzieć sporo. Prawdę mówią to za tym okrucieństwem zaczynam chyba tęsknić. Nie tak całkiem dawno napisałam posta o tym, że czasem trzeba pozwolić samemu sobie na zakończenie toksycznej znajomości, odciąć się grubą kreską od fałszu ze strony innych osób i iść dalej nie oglądając się za siebie. Wspomniałam tam o typie sępa, który trzyma się ciebie swoimi pazurami tylko po to by czerpać z tego zyski. Poniekąd widzisz co się dzieje, masz przecież oczy i rozum, ale czekasz, bo może ona się opamięta. Mija rok, a to nadal trwa.



środa, 12 sierpnia 2015

Z czym użera się lektor zanim podejmie pracę?

Od razu widać, że zbliża się połowa sierpnia, bo zaczynam sobie przypominać, że nieuchronny wrzesień jest tuż za rogiem. Wszędzie reklamy tornistrów i zeszytów, w sieciówkach kolekcje o kojąco brzmiącej nazwie „Back to school”, a człowieka szlag trafia. Pisząc „człowieka” mam na myśli, akurat w tym przypadku, lektora języka obcego.

Źródło http://blog.bondbrandloyalty.com/back-to-school-for-students-and-retailers

Wiecie, są dwa oblicza nadchodzącego roku szkolnego, a wszystko dlatego, że zdecydowana większość lektorów od lipca do września ma wakacje, ponieważ ich uczniowie również mają wakacje, logiczne. Z jednej strony nic tylko się cieszyć, bo chyba żaden inny zawód (oprócz nauczyciela) może korzystać z 2 miesięcy zbijania bąków. Wreszcie mamy czas na zajmowanie się swoimi problemami, na regenerację strun głosowych i poczucia, że jest się dorosłym, zdrowym psychicznie człowiekiem.

środa, 5 sierpnia 2015

Pozwól sobie odpocząć, cz. II - KONKRETY

Tysiące sposobów na wyciszenie, miliardy stron internetowych, ciekawych fanpage’ów, relaksujących filmików podchodzących już pod hipnozę, motywujących artykułów pełnych porad… A jednak nadal coś nas blokuje i nie pozwala nam się wyciszyć. Przedstawiam więc moje sprawdzone sposoby. Można czerpać do woli, modyfikować i dostosowywać do swoich potrzeb.


W poprzedniej części wpisu „Pozwól sobie odpocząć” pisałam o samym odpoczynku oraz widocznym problemie, jaki ten odpoczynek sprawia nam i ludziom, z którymi żyjemy na co dzień. Sądząc po komentarzach pod postem i poza nim, problem faktycznie istnieje. Z tego co udało mi się wywnioskować, najwięcej winien jest brak czasu – dzień pełen ciągłej gonitwy, wypełniony obowiązkami i upływającymi terminami na wszystko nie pozwala nam później na uspokojenie zmysłów, a jeśli już pozwala, to trwa to zdecydowanie za długo by móc się tym w pełni cieszyć.

piątek, 31 lipca 2015

Pozwól sobie odpocząć (cz. I)

Natłok myśli, natłok zdarzeń, natłok emocji. Dzień po dniu, chwile pędzące na złamanie karku w trasie dom-praca lub dom-szkoła. Ktoś znów coś od ciebie chce, prosi, pyta, zleca, wymaga i pogania. Deadline, raport, sprawozdanie. W tym wszystkim ty, a raczej ponad tym wszystkim wystający jedynie czubek twojej głowy.



Chyba nie potrafimy już odpoczywać. Walczymy z codziennością w systemie 24-godzinnym i kiedy nadchodzi weekend odbija nam szajba. Zakupy, sprzątanie, nadrabianie spotkań z ludźmi, udowadnianie wszystkim wokół, że jesteśmy super społeczni. Impreza, koncert, piwko, small talk i powrót do domu w środku nocy. Wybici z tygodniowego rytmu panicznie próbujemy upchnąć te FAJNE rzeczy w dwa dni, bo tak trzeba. Bo tak odpoczywają spoko ludzie. A może nie?